Agata Kulesza opowiada o sobie

Agata Kulesza opowiada o sobie

Aktorka Agata Kulesza, która pochodzi ze Szczecina postanowiła opowiedzieć o tym w jaki sposób nauczyła się mieć dystans do swojej pracy, mówi też dlaczego po zagraniu trudnej roli potrzebuje dużo snu i co jej dał występ w „Tańcu z gwiazdami”. Ponadto niezwykle mocno żałuję, że Gontyna zamienia się w ruinę, gdyż należy ono do czołówki jej ulubionych miejsc z dzieciństwa.

Filmy takie jak Róża, Sala samobójców czy serial Rodzinka.pl identyfikują ją jako aktorkę grającą postacie silne i dynamiczne.

Tak, jeszcze jest film „Krew z krwi”, w którym ganiałam z pistoletem.

W młodości zaś należała podobno do grona dzieci dosyć nieśmiałych. Dlaczego jednak w takim razie wielu reżyserów decyduje się na obsadzenie jej w takich rolach? Czy z wiekiem zmieniło się jej postrzeganie na świat i stała się silną kobietą?

Myślę, że się stałam. Delikatność i nieśmiałość nadal mam w sobie, ale szybko nauczyłam się sama o siebie dbać. Musiałam wejść w pozycję lidera jako dziecko, żeby mnie nie zjedli. Tak się stało i tak już zostało. Generalnie myślę o sobie jak o osobie nieśmiałej. A co reżyserzy we mnie widzą? Widzą to, co chcą widzieć. Widzą to, co jest im potrzebne, żeby użyć akurat mojej osoby. Jestem dosyć bezczelna i może oni w tym widzą moją siłę. Ale jak któryś pogrzebie mocniej to wie, że to jest kruche i delikatne.

Czy ta owa bezczelność to również cecha wypracowana, nad którą musiała pracować?

Chyba tak. Chyba ją w sobie wyrobiłam. Nie pamiętam tego momentu, kiedy ona się we mnie obudziła. Ale to nie jest tak, że cały czas jestem bezczelna. Po prostu staram się mówić to, co myślę i czasami tym zaskakuję.

Mając lat 19 postanowiła, że będzie zdawać do szkoły aktorskiej, będąc jeszcze osobą dosyć nieśmiałą. Czy w takim razie szkoła aktorska miała być dla niej lekiem?

Ja w ogóle nie traktuję tego zawodu jako rodzaju terapii. Nie odreagowuję swoich problemów. Jest taka cecha charakteru, jak chęć występowania, którą mają ludzie śmiali i nieśmiali. Widocznie ja taką cechę również miałam, bo od małego znajdowałam sobie takie zajęcia. A to tańczyłam w zespole dziecięcym Gama, później śpiewałam w Chórze Akademickim Politechniki Szczecińskiej, chodziłam na zajęcia do ogniska baletowego przy ul. Pobożnego, więc taka potrzeba we mnie była. Później zdałam do szkoły aktorskiej i to był mój wielki sukces. Nie pomyliłam się w wyborze tego zawodu, co jest wspaniałe. Zawsze mówię swojej córce, że należy robić to, co się lubi. Kiedy wstaję rano, chociaż czasami mi się nie chce, praca nie wydaje się taka ciężka, bo jest moją pasją. Budzę się i się cieszę, że lubię ten zawód, ale też bardzo się cieszę, że od kilku lat ten zawód bardzo lubi mnie. To świetne, jak ta miłość jest wzajemna.

Dlaczego jednak nie została piosenkarką, tak jak jej dobra znajoma Kasia Nosowska?

Nie mam takiej charyzmy i nie jestem takim twórcą, jak Kaśka. Samodzielnym i autonomicznym. Jestem inaczej skonstruowana. Cieszę się, że wybrałam zawód aktora.

Sąsiedzi mieli podobno twierdzić, ze nadawałaby się ona idealnie na lekarkę.

To zawód, który też mogłabym wykonywać. Byłabym dobrym lekarzem.

Co według aktorki jest ciekawego w zawodzie lekarza?

Kontakt z człowiekiem. Kiedy idę do lekarza i widzę, co można zrobić i jak pomóc ludziom, a lekarz tego nie wykorzystuje, to się złoszczę, bo mechanizm jest bardzo prosty – kwestia uwagi i szacunku do drugiego człowieka.

Liceum Ogólnokształcące numer 5 w Szczecinie jest uznawane za miejsce, z którego wychodzi bardzo dużo lekarzy, a aktorka właśnie do niego uczęszczała.

Większość osób z mojej klasy to dziś nauczyciele, którzy zajmują się językiem niemieckim, ponieważ mieliśmy wybitną nauczycielkę języka niemieckiego, Ilsę Sarecką. Druga część to pewnie lekarze. Jestem z nich dumna.

W takim razie jak wyglądało dzieciństwo Agaty Kuleszy w Szczecinie?

Świetne. Nie opowiem całego mojego dzieciństwa, bo musiałybyśmy bardzo długo o tym rozmawiać. Natomiast to, co mnie ostatnio najbardziej dotknęło w Szczecinie, i co jest dla mnie bolesne, to zrujnowana Gontynka, na której spędziłam dużą część mojego dzieciństwa. I to, że nie ma Domu Kultury „Korab”. Jeśli chodzi o Gontynę, to mam nadzieję, że to miejsce odżyje i będą tam świetne baseny. Jest mi smutno, że nikt o to nie dba. A wracając do dzieciństwa, to było normalne. Jak większość dzieciaków siedziałam na trzepaku, grałam w podchody, robiłam niebka. Niebko to były papierki ze szkiełkami, które zakopywało się w ziemi. Okazuje się, że jak w Warszawie o tym z kimś rozmawiam, nikt nie wie, co to jest niebko, bo jest to nazywane w różnych częściach Polski sekretem lub widoczkiem. Tylko u nas, w Szczecinie, to jest niebko. Po liceum wyjechałam. Żyję w Warszawie dłużej niż w Szczecinie. Natomiast cały czas czuję się szczecinianką.

Czy była zaskoczona z tegoż, że faktu, iż dostała się do szkoły aktorskiej za pierwszym razem?

Nie. To było poczucie wielkiego sukcesu. Zaskoczenie nie, bo skoro tam zdawałam, to chciałam się dostać. Nie wiedziałam wtedy, z czym to się je. Miałam tylko swoją wrażliwość i przeczucie, że może się uda i się udało.

Początki związane z aktorstwem Pani Agaty Kuleszy miały miejsce głównie w teatrze, film przyszedł dopiero później.

Grałam w teatrze, trochę w filmach, ale sukcesy rzeczywiście przyszły później. Tak naprawdę po „Tańcu z gwiazdami”.

Jak jednak czuła się z tym, że koledzy ze studiów otrzymywali rolę w filmach i zaczynali być rozpoznawalni, zaś ona jeszcze nie za bardzo?

Podchodziłam do tego spokojnie. Zawsze utrzymywałam się z tego zawodu i uważam, że to wielki sukces. A później to jest kwestia szczęścia. Bardzo cenię moją drogę. Gdyby zdarzyło się, że w wieku dwudziestu paru lat odniosłabym taki sukces, jak w przypadku „Tańca z gwiazdami”, mogłabym sobie nie poradzić. A mając tyle lat, ile mam teraz, mam do tego zawodu dystans. Raz jest dobrze, raz jest źle. Wiem co to znaczy, jak telefon milczy i wiem jak to jest, kiedy starają ci się wmówić, że jesteś kimś wyjątkowym. Nie jesteś nikim wyjątkowym! Jesteś utalentowany do tego zawodu, ale tak naprawdę jesteś normalnym człowiekiem! Cała moja droga mnie tego nauczyła i bardzo ją sobie cenię. Mam teatr, jest radio, są audiobooki, jest dubbing, jest film.

Okazało się, że była potrzebna tak masowa produkcja jak właśnie Taniec z Gwiazdami, aby mogła zacząć grać w ambitniejszych filmach.

Tak. Choć reżyserzy nie byli widzami tego show. To jest związane z producentami. Do tej pory mówili: Kulesza zdolna, ale nie ma nazwiska. Po „Tańcu z gwiazdami” dla producentów już miałam nazwisko.

Co w takim razie pociągnęło ją do tego, aby wystąpić w tym show?

Bo lubię tańczyć i akurat nie miałam nic do roboty ani do stracenia. Jak ktoś mi daje pracę i do tego mogę się jeszcze czegoś nauczyć, jest wspaniale. Wspominam to bardzo dobrze. Mam świadomość, że pewnie byłam wzięta jako mięso armatnie, ale miałam to wkalkulowane. Na dodatek jeszcze udało mi się wygrać.

Czy ten program pozwolił jej na odkrycie samej siebie i dowiedziała się czegoś, o czym wcześniej nie wiedziała?

Bardzo dużo. Również dzięki Stefano, z którym do dzisiaj się przyjaźnię. To było wiele rzeczy, na przykład o mojej kobiecości, ale to są moje prywatne rzeczy. Po „Tańcu z gwiazdami” stałam się odważniejsza. Ludzie, okazując mi swoją akceptację, utwierdzili mnie w przekonaniu, że mogę śmiało zaufać swojej intuicji.

Co takiego pozostawiły po sobie filmy „Róża” i „Sala samobójców”?

Że to jest wspaniałe, że człowiek ma bogactwo rzeczy w środku i jak się tam pogrzebie to się okazuje, że tam jest wszystko. Pewnych cech należy unikać, nie wyciągać ich na wierzch, ale one i tak są. O sobie jako kobiecie też wiele się dowiedziałam. Każda kolejna rola wzbogaca mnie jako człowieka. Jeżeli mam taki materiał, jak w przypadku „Sali samobójców” czy „Róży”, to się rozwijam.

Czy casting to coś stresującego dla aktorki?

To część mojej pracy i muszę iść. Denerwuję się, bo myślę sobie: no przecież wszyscy wiedzą jak ja gram. Ale muszą mnie zobaczyć, więc chodzę.

Czy jest to dla niej sporym przeżyciem, gdy nie otrzyma angażu?

Nie, zupełnie nie. Nie dostaje, bo widocznie nie pasowałam.

Czy filmy „Sala samobójców” i „Róża” wymagały castingu?

Rolę w „Sali samobójców” zaproponował mi reżyser, a do „Róży” miałam casting i to nie jeden.

Czy po takich filmach trudno wrócić do siebie?

Trudno. Idę spać. Moja rodzina wie, że muszę się wyspać. Tak reaguję na stres, na smutki.

Jak w takim razie prezentuje się dla aktorki Szczecin, z perspektywy mieszkanki Warszawy?

Jest piękny. To piękne miasto. Przestrzeń, zieleń, piękne kamienice. Wydaje mi się, że kiedyś było bardziej tętniące życiem, a teraz się trochę zatrzymało, ale nadal jest moje. Mam absolutne poczucie przywiązania do tego miasta.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie będzie publikowany.